Co mnie kręci w maratonie?

fot: ARC

Poznański maraton Andrzej Seweryn (z numerem 4189 na koszulce) chwali za dobrą organizację i ciekawą trasę, toteż lubi tu wracać

fot: ARC

Maraton? Andrzej Seweryn, zagadnięty, dlaczego zasmakował akurat w tym antycznym dystansie, na dłuższą chwilę zawiesza głos. - Maraton to maraton. Jest wymagający, bezlitośnie obnaża słabości, po prostu najbardziej mnie kręci - odpowiada.

Przed założeniem adidasów 33-letni Andrzej Seweryn nie miał w swojej biografii jakichkolwiek sportowych epizodów na bieżni. Ot, szkoła, studia, dyplom inżyniera budownictwa na Politechnice Częstochowskiej, majster na budowie, a od dwóch lat - inspektor nadzoru w Dziale Inwestycji kopalni Mysłowice-Wesoła. Przed ośmiu laty ożenił się z Anią. Urodzili się Tycjan i Łukasz. Rodzina osiadła w Chełmie Śląskim. Uprawianie maratonu podpowiedział mu brat. Seweryn sam żartobliwie mruży oko, wspominając swój debiut sprzed pięciu lat w Maratonie Warszawskim.

- Stanąłem na starcie i pobiegłem. W ogóle bez jakiegokolwiek przygotowania, bez cienia wiedzy, co na siebie założyć, co i na ile wcześniej zjeść. Jakoś o dziwo dobrnąłem jednak do mety, chociaż prawdę powiedziawszy, po 20 kilometrach już nie istniałem. Mimo wszystko nie było aż tak źle - wspomina ze śmiechem tamtą inicjację.

Pod okiem przyjaciela
Warszawskie doświadczenie nie odstręczyło go od maratonu. Wyciągnął jednak wnioski z lekcji i rozejrzał się za kimś, kto mógłby mu służyć dobrą radą. Taką osobę znalazł w Stanisławie Filusie, triathloniście i również maratończyku.

- Jest może nie tyle trenerem, ile trochę idolem, a przede wszystkim przyjacielem. Przygotowuje dla mnie harmonogram treningu, z dawkowaniem elementów wytrzymałościowych i szybkościowych, doradza odpowiednią dietę, tłumaczy wiele innych tajników - opowiada o swoim mistrzu.

Seweryn trenuje regularnie, sześć dni w tygodniu. Wraca z pracy, je obiad, potruchta na rozgrzewkę, a później przemierza zadany przez Filusia dystans. Najforsowniejsza bywa zwykle wolna od pracy niedziela, z dawką 28-32 km. W inne dni - przynajmniej kilkanaście kilometrów. Wysiłek i rodzaj treningu różnicuje też kalendarz startów.

Radość w zmęczeniu
- Bieganie stało się modne, toteż w moim Chełmie, gdzie wszyscy mnie znają, nie jestem jakimś oryginałem. Sąsiedzi uśmiechają się, pozdrowią życzliwym słowem... Dla mnie ta godzina, półtorej biegania to taki specyficzny czas dla siebie. Pozostawiam wtedy za sobą sprawy i problemy codzienności, wyłączam się, życie nabiera odmiennego kolorytu. To ten rodzaj wysiłku, który mimo krańcowego nieraz zmęczenia niesie też radość. Start w maratonie także nie jest walką z rywalem, o wyższą lokatę na mecie, ale raczej - szczególnie kiedy źle idzie - o zwycięstwo nad samym sobą - opowiada o swojej pasji do najbardziej klasycznego dystansu.

Tym bardziej, że poza niezmiennym dystansem maraton maratonowi nierówny. Jako prawdziwy koszmar biegacz z Wesołej wspomina ubiegłoroczny bieg 3 maja w Katowicach.

-Termometr pokazywał trzy stopnie, a na domiar złego zaraz po starcie zaczął siąpić zimny deszcz. Prawdziwa masakra. Biegłem trzy godziny, ale byli tacy, którzy potrzebowali pięciu - opowiada o tym horrorze.

Ciepło wspomina natomiast Kraków i Poznań. W Maratonie Poznańskim startował dotąd trzykrotnie. W ubiegłym roku uzyskał tu swój najlepszy czas (2:52.13) i na prawie 4 tysiące startujących zajął w nim 37. miejsce.

Do Berlina via Poznań
- Oba te maratony są bardzo fajne, choć różnią się kolorytem. Kraków jest, rzekłbym, bardziej rodzinny. Organizatorzy myślą tu nie tylko o zawodnikach, ale również o dzieciach. Dlatego do Krakowa zabieram żonę i chłopców. W Poznaniu jest dla odmiany większa pompa. Trasa wiedzie przez centrum miasta, wzdłuż niej gra kilka orkiestr, zawodników dopingują tysiące kibiców, a nad głowami maratończyków ustawicznie krąży helikopter. Oprócz świetnej organizacji i takie smaczki są nieobojętne - porównuje klimat biegów w obu miastach.

Nowy Jork, Londyn...? Z wielkich światowych maratonów Andrzejowi Sewerynowi na razie chodzi po głowie Berlin. Bo to i najbliżej, i mniejszy koszt, i mniej zachodu.

- Może kiedyś, jak jeszcze poprawię wynik... Kto wie, zobaczymy - uśmiecha się.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

A po szychcie na motocykl. Oto górnicza załoga

Grupa 30 pracowników Zakładu Górniczego Janina, których łączy zamiłowanie do motocykli, uczestniczyła w kolejnym integracyjnym wyjeździe. Tym razem bazą był Karpacz Górny.

Wkrótce festiwal Kierunek GZM. Weź udział w mikrowyprawach po Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii

Przejście przez Wrota Piekieł, kajakowa wyprawa o zachodzie słońca, przejażdżka kultowym „ogórkiem”, zwiedzanie podziemnych schronów i średniowiecznych zamków czy retro potańcówka – to tylko część atrakcji, które przygotowano dla uczestników kolejnej edycji festiwalu Kierunek GZM, który odbędzie się w dniach 26-28 czerwca 2026 r.

TOP 6 nieoczywistych propozycji na Industriadę 2026. Poleca dr Adam Hajduga

Przed nami kolejna Industriada, czyli święto Szlaku Zabytków Techniki Województwa Śląskiego. Odbędzie się w dniach 13 i 14 czerwca 2026 roku, a tegorocznym motywem przewodnim są „Twarze przemysłu”. Industriada zagości w 50 obiektach i nie sposób odwiedzić je wszystkie. Wspólnie z dr. Adamem Hajdugą - współtwórcą festiwalu, wiceprezydentem Europejskiego Szlaku Dziedzictwa Przemysłowego i dyrektorem instytucji kultury „Szyb Staszic” w Tarnowskich Górach – przygotowaliśmy TOP 6 nieoczywistych propozycji na Industriadę 2026.

Zwycięstwo w finale Rolanda Garrosa nie dla Mai, ale ona i tak wygrała!

Nie udało się Mai Chwalińskiej, tenisistce z Dąbrowy Górniczej, zawodniczce klubu BKT Advantage Bielsko-Biała, wygrać prestiżowego turnieju Rolanda Garossa w Paryżu. W finale, trwającym niespełna dwie godziny, pokonała ją Rosjanka Mirra Andriejewa. Maja rozegrała w Paryżu 10 spotkań, wygrała dziewięć. To niesamowity sukces dla kwalifikantki.